Jak wychować dziecko w świecie "i" tak, aby miało wpojone wartości, które są ważne, tak, aby nie szalało za każdym nowym gadżetem i żeby miało prawdziwe poczucie wartości, a nie to, które zyskuje się przez posiadanie? Oto wyzwanie na miarę naszych czasów, w których wszystko jest tak powszechnie dostępne, że aż nudne. Dzieci jarają się nowymi postaciami z kreskówek i to jest ok. A stosy zabawek wysypują się z szafy i już nie ma gdzie upychać. A czym bawią się moje pociechy? Córka szyje misie i rysuje, a synek kocha miecze z patyków a największą frajdą jest spacer i wypatrywanie marek aut oraz pieczenie ciasteczek. Oczywiście na Święta dostaną nowy zestaw tego i owego, no bo jakoś tak trudno nie kupić, ale ich zainteresowania dają do myślenia. Nie chcę, aby moje dzieci wpadły w tory kupowania i posiadania. Owszem fajnie jest od czasu do czasu kupić coś fajnego, ale uganianie się za kolejnymi numerami z kolekcji to jakoś nie ten świat, którego chcę ich uczyć. Każdy żyje inaczej i ma do tego prawo. Chcę pokazywać dzieciom, że nie trzeba robić tego samego co inni, a tym bardziej mieć. Chcę dać im możliwość widzenia i czucia czegoś więcej. Nie chcę mieć spersonalizowanych dzieci w ich osobistych katalogach i folderach. Nie chcę, żeby musiały zabijać się o kolejny model, bo szybszy, bo lepszy. Nie chcę, aby wpadły w szpony szybkiego świata bez refleksji. Jak to zrobić - pewnie sama muszę z niego wypaść na dobre i przestać pędzić za króliczkami i naprawdę się zatrzymać. Dzisiaj wybieram świat My.
wtorek, 16 grudnia 2014
wtorek, 2 grudnia 2014
kochać to znaczy zawsze to samo?
Jeśli jesteś mamą więcej niż jednego dziecka pewnie nie raz przez głowę przeszła tobie myśl, że to jedno to jest takie, a to drugie owakie i że czasem trudno jest nie 'woleć' któregoś. Dzieci kocha się tak samo mocno i za każde można dać się pokroić, ale moje obserwacje i doświadczenie pokazują, że każde kocha się inaczej. Inaczej nie oznacza mniej czy więcej. Każde dziecko wzbudza inne uczucia w rodzicach. Z jednym ma się większą duchową więź, z drugim czy trzecim lepsze porozumienie w życiu codziennym, albo lepszy flow na zabawę czy rozmowy. Tak to już chyba jest. Jak w życiu - można kochać i lubić wiele osób, ale wg mnie zawsze te uczucia są inne w zależności do kogo są kierowane. Z roli mamy stwierdzam, iż jest to trudne, bo dzieci oczywiście czują to i są o siebie zazdrosne. Zawsze i wszędzie, bo jeszcze nie poznałam rodzeństwa czy to młodego czy starego, które nie byłoby o siebie chociaż trochę zazdrosne w jakiś kwestiach. Dzieci mają swoje subiektywne odczucia i zawsze znajdzie się coś, co robimy a czego nie zauważamy, o co jedno będzie zazdrosne. Staram się jak mogę być jednakowo dla obydwojga swoich pociech, ale czasem to przypomina szaleństwo. Może czas przyznać jednak, że z jednym wolę spędzać czas na rozmowie albo wspólnym tworzeniu a z drugim na bitwach na poduszki? Może nie ma co świrować i robić to co wynika naturalnie z relacji? I tak za 20 lat coś mi wypomną...:)
środa, 26 listopada 2014
co za emocje!
Dzisiaj moja córka, niespełna 7 letnia wzięła udział w szkolnych zawodach pływackich. Sama, z własnej woli wystartowała aż trzema stylami. Miała troszkę pietra, wiadomo, jak to przed tego typu wydarzeniem, ale popłynęła. Ja, z radością obserwowałam jak świetnie sobie daje radę i potrafi zorientować się co i jak, gdzie i kiedy. Trochę nie była pewna jakim stylem ma płynąć, ale zapytała pani instruktor i ciach! Popłynęła. I nic nie byłoby w tym nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ja czułam takie emocje, jakich nigdy nie doświadczyłam. Adrenalina połączona z nerwami, dumą i wzruszeniem, coś niesamowitego. Taki koktajl emocjonalny że hej! A przecież sama mówiłam córce, że to przecież tylko zabawa... Nie umiem tego wytłumaczyć, ale pozostałe mamy obecne na zawodach czuły się chyba podobnie, bo dziwny uśmiech nie schodził im z twarzy i nerwowo krążyły wokół basenu. To niezwykłe, że będąc mamą można doświadczyć czegoś podobnego. Domyślam się, że podobne przeżycia i emocje to chyba tylko można poczuć skacząc na bungee.
wtorek, 25 listopada 2014
mama bierze wszystko
Ostatnio przyglądam się ciekawemu zjawisku. Według pewnej teorii matka zawsze chroni instynktownie swoje dziecko i zapewnia opiekę. Matka bierze od dziecka wszystko co negatywne. Obserwuję swoje dzieciaki i widzę, że ta zasada działa. Kiedy ja przeżywam różne stany emocjonalne od lekkich smuteczków po ciężkie doły to moje dzieci nic takiego nie odczuwają. Są wesołe, beztroskie i zadowolone. Tak jakbym stanowiła barierę ochronną przez wpływami otoczenia tudzież "pola". Moje odkrycie bardzo mnie zaskoczyło, ale też napełniło przekonaniem, że świetna ze mnie mama:) Teraz wystarczy, że ja oddam to co trudne dla mnie swojej mamie i wszystko gra:) Zasada ta działa oczywiście w przypadku każdego, jeśli trapi cię coś ciężkiego powiedz sobie w duchu lub na głos "Mamo, weź to ode mnie" i już tego nie ma! Dla potwierdzenia mojej teorii podam przykład. Kiedy bardzo bolało mnie kolano i cierpiałam z bólu powtarzałam sobie w duchu to zdanie. Moja mama nagle dzwoni do mnie i mówi: "wiesz, co chyba wzięłam od ciebie twój ból, bo nagle strasznie zaczęło boleć mnie kolano", a nic nie wiedziała o moim tajemnym zdaniu:) It works! Dla osób bardziej wierzących zawsze można poprosić wyższe kobiece bóstwo, lub babkę, prababkę lub wszystkie kobiety świata. Love my mama
wtorek, 11 listopada 2014
Wartościowa nuda
Przeczytałam niedawno artykuł o tym, że w dzisiejszym świcie każda mama jest skazana na frustrację. Związane jest to ponoć z faktem, że wyścig szczurów zaczyna się już bardzo wcześnie a lista umiejętności które powinny przyswajać maluchy jest bardzo długa. Nie każda mama ma finansowe zasoby, aby zapewnić dziecku lekcje tańca, tenisa, angielskiego, pływania itp. A przecież już dziesięciolatek powinien te wszystkie umiejętności nabyć. I tu rodzi sie frustracja, bo jak mnie nie stać to oznacza, że niezapewniający dziecku dobrego startu, a to oznacza, że nie jestem wystarczająco dobrą mamą... Ja mam inny pogląd na tentemat, choć przyznaję, że momentami ulegam presji doszkalania dzieci w coraz to nowych dziedzinach. Zaraz jednak się zatrzymuję, bo wracają wspomnienia z czasów kiedy to ja miałam wypełnione każde popołudnie zajęciami, a nawet sobotnie poranki. Super, że teraz znam języki, super, że posiadam liczne umiejętności, które rozwinęły mnie, ale w dużej mierze nie są przydatne do życia. To zyskałam, a co straciłam to czas wolny, możliwość pońudzenia się i poznania siebie oraz Odnalezienia tego co lubię a czego nie lubię robić. Zawsze wszystko było narzucone, zaplanowane. Dużo czasu zajęło mi wyłuskanie z tego gąszcza prawdziwej pasji i siebie. Dzisiaj ograniczam dodatkowe zajęcia dzieciom do tych naprawdę niezbędnych i tych, które same wybierają bo sprawiają im przyjemność. Większość czasu zostawiam im na zabawę i na czas spędzony wspólnie nawet jeśli oznacza wspólną nudę na kanapie. Nuda jest wartościowa i bardzo bardzo twórcza.
wtorek, 7 października 2014
Matka w niedyspozycji.
Chwilowa sytuacja unieruchomienia
i uziemienia w domu sprawiła, że zupełnie innym okiem spojrzałam na to wszystko
czym zajmuję się na co dzień. Zawsze wydawało mi się, że obowiązków mam dużo
przy dwójce dzieci, domu, pracy i rozwijaniu siebie, ale nie myślałam, ze tego jest tyyyle. Leżąc teraz
czy siedząc i wydając polecenia domownikom – zrób to, przynieś tamto, schowaj, pamiętaj,
podaj, podnieś – aż głowa mnie rozbolała od samego gadania. Od razu pomyślałam,
że każda mama, która nie korzysta z pomocy przynajmniej 2 osób ma przerąbane. Teraz
przy organizacji mam wsparcie mamy, taty, siostry, męża a i tak w domu muszę ogarnąć. Co zatem robię? Kuśtykam o kulach i odkurzam,
ładuję pralkę i rozładowuję, zmywam i pod nosem przeklinam. Chcę mieć już swoją
zdrową nogę, żeby za chwilę złapać się na refleksji, że jak już sprawność
odzyskam to ta praca kilku osób znowu spadnie na mnie.
Po coś ta cała afera z nogą się wydarzyła. Już nie mogę siebie nadużywać
milionem obowiązków. Muszę po prostu muszę cedować je na innych. Trudno, że
rodzice to para starszych państwa, trudno, że siostra ma swoje dzieci, trudno,
że mąż ma dużo pracy. Ja jestem matką dwójki dzieci, do tego zarabiającą poza
domem. Co jest z tym cholernym światem, że chce ciągle wszystko zwalać na
barki, plecy i nogi kobiet?!! I dlaczego
większość z nas kobiet nadal się temu poddaje?! Bierze te wszystko na siebie zamiast z
pełnym do tego prawem angażować innych, zlecać zadania, tupać albo leżeć i żądać? Nie dziwię się już
depresjom, chorym kręgosłupom, frustracjom i innym nieprzyjemnościom, jakie
spotykają kobiety. Jak to wszystko można
samej znosić? Nie da się po prostu! Dzisiaj marzę o prawdziwej globalnej
wiosce, w której społeczność będzie pomagała wychowywać dzieci, a nie tylko
gadać co powinnyśmy, co nam wolno i jakie to jesteśmy roszczeniowe. I marzę o
tym, żebym wreszcie sama nie ulegała tej presji porządku, organizacji i brania na siebie i że wreszcie sama z siebie a
nie z przymusu chorej nogi poleżę sobie
tydzień z pilotem w ręku i herbatką na stoliczku!
sobota, 22 marca 2014
Doceń to co masz
Tytuł piosenki Bednarka świetnie pasuje do tego, co do mnie
dzisiaj dotarło. Nie ma potrzeby roztrząsać tego co było, tym bardziej tego co będzie.
Dzisiaj jest dzisiaj, więc doceniam to co mam dzisiaj, teraz, już. A jest tego
całkiem sporo. Na spokojnie na już mogę docenić siebie i pochwalić za to, że:
mam dwójkę dzieci, które wspaniale wychowuję; mam mieszkanie, w którym jest
przytulnie i spokojnie mieszka się mi i mojej rodzinie; mam pracę, która sprawia mi
radość; mam szafę pełną ubrań, które mogę założyć (choć nowy by nie
zaszkodziły); mam auto (stare, bo stare, ale jeździ) i mam głowę na karku,
która to wszystko ogarnia! Zatem z dniem dzisiejszym koniecznie muszę to
napisać, że jestem wielka i doceniam siebie i wszystko co robię, bo jest to co
najmniej wystarczająco dobre, jak nie dużo ponad to! I tobie droga mamo
proponuję pomyśleć podobnie o sobie i swoim życiu. Ty doceń to co maszJ
Subskrybuj:
Posty (Atom)


