Czuję już że zbliżają się Święta, bo wysypują się nowe zabawki i reklam coraz więcej w tv. Moja córka już pisze list do Mikołaja i planuje prezenty. Wybór jest szeroki i naprawdę czasem nie wiem, czy te zabawki kupuję dla niej czy bardziej dla siebie. Przypominam sobie czasy jak fajne zabawki można było dostać tylko w Pewexie za dolce, których nie miałam. Pamiętam, jak stałam przed półkami pełnymi rzeczy, których nie mogłam kupić. Teraz jest trochę inaczej. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Minęło tyle lat, a ja nadal stoję przed półkami i podziwiam zabawki. Zaskakujące jest to, że sprawia mi to więcej frajdy niż samo kupowanie. Mojej córce też, bo znalazła sposób na zabawne spędzanie ze mną czasu. Przy byle okazji wyciąga mnie i chodzimy tak sobie po sklepach oglądając zabawki. Jakież to przyjemne! Zwyczajne szwędanie się i oglądanie. Niby nic nadzwyczajnego, ale przecież ostatecznie o to właśnie dzieciom chodzi. O wspólne spędzanie czasu. Zasadniczo to nie jest istotne co robimy razem, ważne, że jesteśmy razem. Często słyszę od rodziców, że moje dziecko niczym się nie interesuje, ma tyle zabawek, tyle wszystkiego, a nie bawi się nimi, rzuca w kąt. I wymyślają mu kolejne hobby, kolejne zajęcie, które może je zainteresuje. Od razu pytam o to, ile czasu spędzają wspólnie z dzieckiem bawiąc się tymi zabawkami. Zaskakujące jest to, że często słyszę, że się nie bawią wspólnie, bo nie umieją, bo nie mają czasu, bo im się nie chce, bo ich to nudzi, bo praca, bo komputer, bo... To dopytuję o to, co robią wspólnie. Często gęsto wspólnie to jadą samochodem do i z. Niekiedy dorosłym trudno jest wejść w świat dziecka, bo sami nigdy nie mieli okazji pobyć dziećmi tak naprawdę albo totalnie zapomnieli i rzucili w kąt dawne 'dziecinne' przyjemności. Posiadanie własnych dzieci to super okazja, żeby cofnąć się do świata dzieciństwa i to nadrobić. I nie potrzeba do tego całej kolekcji kosztownych pociągów czy innych gadżetów. Wspólnie można robić tyle fajnych rzeczy. Czasem wystarczy wspólny spacer, zbieranie szyszek w lesie czy upieczenie ciasta. Dzieciaki docenią bardziej wspólnie spędzony czas niż kolejną zabawkę. Choć łatwiej jest kupić kolejną rzecz niż dać coś niematerialnego od siebie to nie mówię, że pod choinkę moje dzieci dostaną rózgi, ale wybiorę takie zabwaki, którymi potem z chęcią się razem z nimi pobawię - wspólnie.
czwartek, 11 października 2012
piątek, 28 września 2012
Matczyne poczucie winy jak PMS
Jestem matką. Wystarczająco dobrą matką, czyli na
miarę swoich możliwości i ograniczeń. Mam wrażenie, że o macierzyństwie wiem
wszystko. Jednak poczucie winy dopada mnie średnio 5 razy na dzień. Bycie matką
to ciągłe wybory, ciągłe podejmowanie decyzji.
Czy kupiłam dobre pieluchy, czy nie spędzam z dzieckiem za mało czasu,
czy to że wyszłam i zostawiłam małego z babcią to znak, że jednak jestem złą
matką? Upory wyrzutów sumienia ścigają mnie po całych dniach. Nie pozwalam im
przejąć nade mną kontroli. Oddycham, tłumaczę sobie że nie małemu nie dzieje
się żadna krzywda, że kocham go ponad życie.
Staram traktować poczucie winy
jako strażnika moich poczynań. Przecież chcę być dobrą mamąJ
Wyrzuty sumienia dotyczą codziennych kwestii i zmagam
się z nimi odkąd zostałam matką.
Przestałam karmić piersią, może za wcześnie? Daję
małemu butelkę na noc, a czasem też w nocy. Czy przez to będzie miał
próchnicę - gryzę się rano. Kolejnej
nocy nie zapomnę na pewno wytrzeć mu ząbków pieluszką. Poza tym, przecież muszę
wracać do pracy, a wtedy i tak nie będę mogła karmić piersią. Może jednak będę
odciągać pokarm? Nie, no zaraz będę przecież 8 godzin w pracy więc jak to
zrobię? Ale przecież karmienie jest
takie miłe. Płakać mi się chce. Czy ktoś w ogóle mnie słyszy? Mąż jak zwykle
wywraca oczy do góry kiedy próbuję z nim porozmawiać. Nikt mnie chyba nie
rozumie, a dla mnie to naprawdę trudne. Pożegnanie z karmieniem piersią wymaga
morza łez. Chyba lepiej sobie popłaczę.
Jeju, znowu pozwoliłam starszej córce oglądać za dużo
telewizji. Co ze mnie za matka! Ale naprawdę czasem nie mam siły. Włączenie
bajek i krótka drzemka to jedyne wyjście z sytuacji. I znowu to okropne
poczucie winy. Dziecko na pewno uzależni się od telewizji, będzie miało popsuty
wzrok i koszmary w nocy. Wiem, włączę jej bajkę po angielsku, w ten sposób
przynajmniej oglądanie będzie pożyteczne, potem przełączę na program
edukacyjny. Zdecydowanie moja drzemka mi się należy!
O ranę, ile pieluch w koszu! Zaśmiecam środowisko tymi
jednorazówkami, może lepiej sięgnę po tetrowe? W ten sposób będę bardziej Eko. Nie,
używanie tetrowych pieluch mnie przeraża. Do tych wszystkich obowiązków, które
mam pranie pieluch wieczorem mnie wykończy. Przecież pralka tez zużywa prąd, do
tego dochodzą detergenty. Lepiej oszczędzę czas, trudno, nie wyobrażam sobie
ciągłego prania i spotykania się z zawartością pieluch w takim wymiarze. Tak,
ale przecież tetra nie odparza pupy. Jest zdrowsza. Nie, no oszaleję! Trudno,
zostaje przy jednorazówkach. W końcu cały świat ich używa.
Otwieram lodówkę. Co ja dzisiaj zrobię na kolację?
Kurczak był już trzy razy w tym tygodniu, jajka też. Serki są takie niezdrowe. Kątek
oka dostrzegam parówki! Czas przygotowania – 5 minut i moje dzieci je
uwielbiają, ale przecież to sterta śmiecia. Ale jaka smaczna.. sama tez lubię
parówki z ketchupem. Łamię się. No dobra, ten jeden raz mogą zjeść coś mniej
zdrowego. Przecież nie zaprowadzam ich
do śmieciowych restauracji. Są częścią tego świata, w którym pełno niezdrowych
rzeczy. Zjedzenie raz parówek na pewno im nie zaszkodzi.
Za tydzień wracam do pracy. Chyba tego nie przeżyję.
Mam już opiekunkę. Ale co ze mnie za matka, że
zostawiam dziecko z opiekunką. Na pewno będzie płakać. Ale nie mogę
inaczej. Nie damy sobie rady finansowo. To i tak lepsze niż żłobek. A może
żłobek jest jednak lepszym wyjściem? Moja teściowa wzbudza we mi okropne
poczucie winy. Co to za kobieta i kto jej dał prawo , żeby tak mnie krytykować.
Przecież muszę wracać do pracy. Lepiej
sama by pomogła, zamiast tylko wygłaszać swoje litanie na mój temat. Okropność!
Ale to jeszcze tydzień.
Nieee no, znowu nakrzyczałam na małą. Ale musiałam.
Tak ją prosiłam żeby nie budziła małego, a ona znowu to zrobiła. Nakrzyczałam,
a teraz ona płacze. Okropna ze mnie matka, ale to było silniejsze ode mnie!
Oddycham, liczę do dziesięciu i obiecuję sobie, że to już nigdy się nie
powtórzy. Chyba za mało śpię. Ale to przez to, że cały dom i dwójka dzieci jest
na mojej głowie! Mój sprytny mąż siedzi sobie w pracy do wieczora i ma wszystko w nosie. Zawsze
wykręca się pracą i powtarza swoją ulubiona mantrę, że on pracuję, a ja
przecież siedzę w domu. Co on sobie w ogóle wyobraża, że ja leżę po całych
dniach na kanapie! Na pewno teraz popija
sobie kawkę i śmieje się z kolegami. To
wszystko przez niego! Nie daję sobie rady sama.
Jeszcze do tego wymuszanie ciągłego kupowania zabawek,
lizaków i soczków. Skąd ja mam brać na to wszystko kasę? Życie jest tak drogie,
a tu jeszcze te ciągłe żądania. Stanowczo odmawiam, a mała obraża się na mnie.
I znowu poczucie winy. Czy ono kiedykolwiek zniknie? Czasem mam wrażenie, że
jest jak PMS, pojawia się z taką regularnością, nie da się z nim wiele zrobić i
doprowadza mnie do szału.
Jeśli czasem doświadczasz podobnych odczuć, nie martw
się, nie jesteś sama.
piątek, 7 września 2012
W stronę MY
Zauważam, iż bycie mamą pcha nieuchronnie w stronę przekraczania własnego ego. Może niekoniecznie chciany kierunek wydaje się tym właściwym. Ciągłe dokonywanie wyborów ja albo one naprawdę jest męczące. Zmaganie się z tymi decyzjami konkretnie nokautuje. Cudownie jest móc wybieraćopcję 'i' 'i' zamiast 'albo' 'albo'. Bez sensu jest poświęcać całe swoje życie tylko dla dzieci. W końcu odwrócą się na piętach, które zdążą urosnąć już do rozmiaru 40 i powiedzą "nara stara". Nie poświęcać też się nie da, bo potem wyrzuty sumienia lub problemy z zachowaniem czy emocjami dziecka nie dadzą spać. Jak zatem to pogodzić, jak to połączyć, kiedy chce się opcję i ja i one??? Nie śpiąc na milionach, nie mając wsparcia w babci, cioci i kimś tam jeszcze, pozostaje opcja MY. Najbardziej tajemnicza ze wszystkich, ale może do zrobienia??? Czacha dymi...
piątek, 29 czerwca 2012
Jaka karma - taka Ryba
Ostatni spadek energii dał mi dużo do myślenia. Jak można dawać, kiedy samemu się nie ma wystarczająco dużo? Dzieci potrzebują duuużo miłości, radości, cierpliwości i przestrzeni. Wyczerpana, doszłam do wniosku, że te wszystkie rzeczy potrzebuję dawać przede wszystkim sobie. Być dla siebie wystarczająco dobrą matką i ojcem w jednym. Pozwalać sobie na tupanie nogą i wrzeszczenie pod drogerią z kosmetykami "Ja chcę nowy tusz do rzęs!!!!!" Nakarmić się w sferze biologiczno-materialnej, emocjonalnej i duchowej. Zdecydowanie zmieniam dietę w tych sferach. Wzruszam się przy każdym działaniu, które wykonuję tylko dla siebie. Śpiewam, piszę, słucham muzyki, medytuję, biegam do fryzjera, kosmetyczki i na shopping. Sprawiam radość swojemu ciału, sercu i duszy. Napełniając sie od wewnątrz mam coraz mniej oczekiwań od innych, a jednocześnie coraz więcej do dania. To się nazywa piękno!
piątek, 22 czerwca 2012
Macierzyństwo jako inicjacja szamańska
Naszło mnie takie oto kojarzenie, że współczesne macierzyństwo przypomina trochę proces inicjacji szamańskiej. Doszłam do tego wniosku, analizując liczne podobieństwa między stawaniem się matką a szamanką. W obu przypadkach dochodzi do 'usunięci' dotychczasowego człowieka i powstanie 'nowego'. Coś w tym jest, bo z pewnością nie jestem już ta Martą, która byłam zanim zostałam matką. Kolejnym aspektem jest 'odcinanie więzi' głównie społecznych i swoiste odosobnienie. Szaman udaje się do samotni, a matka? Z pewnością przez kilka pierszych miesięcy jest mocno odcięta od świata społecznego. Dalej, adept na szamana poddawany jest treningowi, mającemu na celu przesunięcie zachowań związanych z instynktem do zachowań świadomych. Kontaktuje się go wtedy z różnymi zjawiskami biologicznymi. A matka? Ma podobnie, instynkty i jej dotychczasowe zachowania stają się bardziej świadome, przemyślane i działa z poziomów najgłębszej świadomości: planując, ogarniając kwestie związane z jej dzieckiem. Poza tym ma ciągły kontakt z brudnymi pieluchami, wymiocinami, chorobami i innymi 'biologicznymi' atrakcjami. Wreszcie pora na techniki transogenne i kontakty w duchami. Przyszły szaman ma niejako 'zginąć', a kobieta, czyż nie 'ginie' symbolicznie zostając matką? W celu osiągnięcia transu przydatne są wszelkie monotonne dźwięki, głód, brak snu, szamańska pieśń. Adeptowi pomaga 'mistrz inicjacji'. Matka często musi radzić sobie sama, chociaż czasem pojawia się w jej otoczeniu 'mądra kobieta'. Matka może łatwo osiągnąć stan transowy, biorąc pod uwagę ciąglą deprywację snu i brak czasu na jedzenie. Dziecko funduje całą gamę monotonnych dźwięków, od krzyku, przez gruchanie po wielogodzinne walenie grzechotką czy młotkiem w stół:) Poza tym, jak tu nie wejść w odmienny stan świadomości bawiąc się godzinę w 'A ku ku' czy bujając dziecko w ramionach. O przewodnią pieść też nie trudno, bo kobieta często śpiewa swojemu maleństwu przeróżne kołysanki. A duch opiekuńczy? Musi się pojawić, aby adept ukończył 'szkolenie' szamańskie. W przypadku matki takim duchem może być ktokolwiek - dobra koleżanka, dobry terapeuta czy wreszcie ktoś z krainy snów. Tak więc doszukałam się wielu podobieństw. Czy czuję się szamanką? Może troszkę...bo duchy czasem widzę, słyszę i czuję zwłaszcza te związane z chorobami. Myślę sobie, że każda z nas ma w sobie cząstkę mądrej szamanki, która widzi i czuje duuużo więcej zwłaszcza od kiedy zostaje matką.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
niedługo wakacje...
z jednej strony cieszę się ogromnie, że to już prawie wakacje i że złapię trochę słońca oraz, że coraz bliżej do 1 września:) A z drugiej strony lekko przerażają mnie dwa miesiące z dwójką maluchów na karku. Przeraża mnie gorąc, marudzenie, spacerki po lesie, kąpiele w zimnym Bałtyku, grzebanie się w piachu i zabawa w lepienie pączków oraz uważanie na komary, osy, dygotliwe oblukiwanie maluchów w poszukiwaniu ewentualnych kleszczy, sterczenie przed dmuchankami i wydawanie fortuny na lody, baloniki i wakacyjne atrakcje.
Biorę głęboki oddech i myślę, że to piękny czas i że robię to dla nich, ale z pewnościa wakacje z maluchami to nie jest idealny moment na relaks. Bo jak tu otworzyć książkę, jak one ciągle czegoś chcą? Jeść, pić, przytulić się, kupkę, siusiu, spać? Jak tu poleżec na słońcu kiedy skaczą po mnie i szarpią za włosy? Trochę się nie da... Tata będzie nas wspierał przez dwa tygodnie, no bo akurat tyle może wziąc urlopu. Pozostały czas czeka mnie towarzystwo dziadków. Wiadomo, że metody wychowawcze sprzed pięciu dekad obecnie nie sprawdzają się. Czeka mnie zatem jeszcze dodatkowo masa konfliktów i ćwiczenie się w świętej cierpliwości.
Jak to wytrzymam? Może w tym roku wyjątkowo będę ćwiczyć się w medytacji "tu i teraz", w każdej wolnej chwili będę zwiewać na spacer i szybką sesję jogi. Będę pozytywnie myśleć i cierpliwie akceptować wszystko co się wydarza. Pozwolę sobie od czasu do czasu na kalorycznego loda i na ukochane mohito. Bo grunt to pozytywne nastawienie i kontakt z Istnieniem (mam nadzieję, że z netem też czasem uda mi się skontaktować:)
czwartek, 14 czerwca 2012
wymiana garderoby
czyli znak, że dzieciaki rosną, zawsze wzbudza we mnie wzruszenie i całą gamę emocji. Wymieniam małe ciuszki na kolejne, które wydają mi się większe, choć wciąż małe. Dzieciaki taaaak szybko rosną. Zanim się obejrzałam moja córka nosi 30 rozmiar buta! A dopiero się urodziła... Chyba będę jedną z tych mam, które do swoich dorosłych dzieci będę mówiła córciu, syneczku. Nie da się chyba inaczej. Jak towarzyszy się człowiekowi od samego momentu poczęcia, pamięta się go jako pulsujący punkcik na ekranie monitora, w uszach dźwięczy pierwszy krzyk to już zawsze widzi się w nim / w niej swego malucha. Miłość matki to najbardziej odjechane, niesamowite i najmocniejsze uczucie jakiego się w życiu doświadcza. Tak jakby miłość była nośnikiem życia, jego kontinuum, przekazem dla kolejnego pokolenia. Ostatnio zastanawiała mnie kwestia, tego, czy ktoś kto tego nie doświadczył może jakoś połączyć się z nurtem życia, z tym właśnie kontinuum. Stwierdzam, że to naprawdę możliwe. Można zregenerować swoje siły witalne i odnaleźć połączenie z naturą, z kontinuum istnienia. Czy w tym wcieleniu, czy w kolejnym, w końcu każdy dostaje swoją szansę i warto ją wykorzystać i odważnie iść dalszą drogą. Myślę sobie i cieszy mnie to, że odzyskując połączenie z Tym Czymś Większym nie można go utracić zwłaszcza kiedy jest się na właściwej ścieżce... np. po dzieci do przedszkola...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

